piątek, 19 grudnia 2025

Muzeum świni w Wieprzu

... czyli o moim rozczarowaniu roku 2025. 



Stojąc przed ladą z wędlinami w osiedlowym sklepiku, zauważyłem cenówkę „szynka orzech”.  

Myślami przeniosłem się do opowieści moich znajomych, którzy zwiedzali w Hiszpanii zakład słynący właśnie z produkcji szynki. O degustacji opowiadali z takim namaszczeniem, jakby uczestniczyli w obrzędzie religijnym, a nie w wyżerce.

Specjalnością zakładu była szynka z mięsa czarnej świni, która przez całe życie była karmiona… czymś wyjątkowym. Orzechami? Żołędziami? Migdałami? Tego już dokładnie nie pamiętam. Wspomnienie zdążyło się zdezaktualizować, zniekształcić i ulepszyć. Ale przy ladzie i tej cenówce odżyło.

Jedno zapamiętałem wyraźnie z opisu degustacji:
Jakbyś widłami wkładał do ust świeżo obrane orzechy — mówili.
Tak intensywny aromat miała ta szynka. Po takim opisie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy choć raz w życiu jadł prawdziwą szynkę? 

Z tego chwilowego odrętwienia wyrwało mnie pytanie:
Co dla pana?

Patrzę na ekspedientkę i pytam, z pełną powagą:
— Czy ta szynka orzech to ta z mięsa świni karmionej orzechami?

Zapadła cisza.
Zamilkła pani za ladą.
Zamilkli blokersi w kolejce.

Nie wiedząc, czy moje pytanie jest z gatunku „żart”, pani odpowiedziała rzeczowo:

— „Szynka orzech” to nazwa mięsa przygotowanego do samodzielnego wykonania szynki gotowanej w domu. A „orzech” nawiązuje do kształtu - całość przypomina orzecha.

Moje nadzieje na stosowanie hiszpańskiego know-how w Aga-Mięs albo u Rajdy na głębokim południu Polski zostały rozwiane. Podziękowałem więc grzecznie i zacząłem oddalać się w stronę stoiska z kawiorem.

Gdzież by to świnię ktoś orzechami karmił?! - usłyszałem ciche mruknięcie sprzedawczni.

Zdarzenie nie dawało mi spokoju. Jak to możliwe, że na granicy Wieprza, zaledwie 1,5 km od Muzeum Świni, wśród ludzi „z branży”, panuje tak słaba znajomość świńskiego biznesu?

Postanowiłem sprawdzić to muzeum. Wyobrażałem je sobie niczym wystawę „Human Body”, tylko lepszą: spreparowane tusze różnych ras świń, ściany udekorowane trofeami w postaci głów dzików, guźców i innych świńskich kuzynów. 

Tak to widzę...

Dalej część poświęcona arkanom masarskiego rzemiosła, z obowiązkową wzmianką o hiszpańskim rolniku karmiącym swoje czarne świnie orzechami, żołędziami i migdałami (w tle leci piosenka Iwana i Delfina) - czyli stoisko z jamón ibérico. 

Sercem byłaby blotna zjeżdżalnia zakończona "chlewikiem" dla dzieci i dorosłych (jak Woodstock). Nie wiem, czy ktoś by korzystał, ale czuję, że to by napędzało cały marketing.

I na końcu strefa gastro: glillowane żeberka i golonko. Na wynos „świński ryj” zamiast magnesu.

Wreszcie inna pamiątka niż magnesy

Rzeczywistość okazała się… inna.

Muzeum przypomina raczej kontener PCK na stare ubrania, tylko zamiast ubrań darczyńcy przysyłali maskotki i skarbonki w kształcie świń. Pluszowe. Ceramiczne. Drewniane. 

Cóż za zawód!

Zrozumiałem jedno: lokalni sprzedawcy wieprzowiny to już nie ludzie wyrośnięci w wielopokoleniowych masarskich klanach. Nawet nie fachowcy z wykształcenia. To osoby przyuczone do zawodu — i to, niestety, dość pobieżnie.

A po prawdziwą szynkę, tę od świń karmionych czymś lepszym niż pasza?

Podobno tu jest najlepsza


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne posty

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *